jak wiecie całe dnie - a raczej popołudnia spędzam na działce.
Jej powierzchnia i warzywniakowe ambicje (nie moje, oj nie moje) są sporym wyzwaniem.
Ale największym są borówki amerykańskie.
Przed laty zostały przeniesione do dolnej części działki, która jest bardzo mokra.
Dla borówek super, ale dla nas - plewiących i dbających - mały koszmarek.
Ponieważ najczęściej jest tam mokro czyli za mokro na jakiekolwiek prace. By zabrać się za plewienie, musiałam lawirować miedzy słońcem a deszczem i wyczekiwać choćby odrobiny "pory suchej". Ale kiedyś natrafiłam na rady Asi. I wzięłam je sobie do serca - czyli postąpiłam wg. jej porad.
Praca była żmudna, bo plewić mokrą, ciężką ziemię, która klei się do kopaczki jest wyjątkowo trudno. Pracowałam ponad tydzień (popołudnia oczywiście). Codziennie zwoziłam po kilka worków kory.W sumie na 16 metrowy pas ziemi i szeroki na ok. 1,5m. zużyłam 20 worów kory (80 litrów każdy), 20 m. włókniny. Teraz tylko podziwiam i jestem zachwycona.
Po pierwsze, nie będę plewić w tym roku na 100% - a może nawet ze 4 lata!
Po drugie podsypane torfem, nawozem i zasypane grubą warstwą kory mają fantastyczne warunki, co widać gołym okiem. Mają bardzo dużo owoców i nowe przyrosty!
Oczywiście, po deszczu trochę się kora rozjechała - co widać na zdjęciach, musiałam potem uzupełnić - czego już nie widać na zdjęciach :))
Clematis, który kwitnie jednym kwiatem już drugi rok :(
Zachwycające bratki, które same się wysiały w ... chodniku
Wokół domu, gdzie mogę- tam coś stawiam
Jednak najmniej na tarasie, choć sezon w pełni, ja ciągle nie przygotowana.
Jedynie pelargonie mizerne, usiłowałam je przezimować - z różnym skutkiem.
I surfinie - te już wyglądają całkiem nieźle
i na koniec tarasowego "zdobienia" - zobaczcie co wczoraj zauważyłam -
i mamy mały kłopot. Gniazdo umiejscowiły nad samym wejściem.
Dziewczyny - do miłego "zobaczenia" -
mam nadzieję, że częstszego - z mojej strony oczywiście :))
Ania.
